Izrael

Czytam „Tools of Titans” Tima Ferrissa i trafiam na fragment o „vagabonding” z książki „Vagabonding: An Uncommon Guide to the Art of Long-Term World Travel” Rolfa Pottsa:

„Vagabonding is about using the prosperity and possibility of the information age to increase your personal options instead of your personal possessions. Vagabonding is about looking for adventure in normal life, and normal life within adventure”

Od trzech lat stosuję tę filozofię, niedawno wróciłam z Portugalii, w lipcu była Chorwacja, w czerwcu Szwecja, w maju Włochy, w styczniu Tajlandia, ale już mam ochotę na kolejną podróż. Zwłaszcza że w Polsce ciemno, ponuro i zimno.

„Most of us (…) choose to live like monks, rooting ourselves to a home or a career and using the future as a kind of phony ritual that justifies the present. In this way, we end up spending (as Thoreau put it) “the best part of one’s life earning money in order to enjoy a questionable liberty during the least valuable part of it.” We’d love to drop all and explore the world outside, we tell ourselves, but the time never seems right. Thus, given an unlimited amount of choices, we make none.”

“Vagabonding (…) begins the moment you stop making excuses, start saving money, and begin to look at maps with the narcotic tingle of possibility.”

Tego właśnie potrzebuję. Sprawdźmy, czy są jakieś ciekawe loty z Poznania. Wchodzę na SkyScannera i pierwszy na liście pojawia się Izrael za 26 zł. Może być! Od razu piszę do Oli i Marcina.

Chcecie jechać na nurkowanie do Izraela??? Tam jest słońce! 26 stopni i ciepła woda! I delfiny!!!

Kiedy?

Za dwa tygodnie.

Ola jest na tak, Marcin jest na tak. Jakie to wspaniałe, że mam znajomych „na tak”. Nie ma marudzenia, wymigiwania się, „zobaczę”, „może”, „zastanowię się”. Jest tylko „tak” i „nie”.

A nie boisz się? (pyta inna znajoma. Ciekawe że to zawsze jest pierwsze pytanie, które słyszę, gdy mówię komuś, że gdzieś lecę)

Na stronie MSZ piszą, że Izrael jest bezpieczny, z wyjątkiem Strefy Gazy i okolic Jerozolimy.

No tak, ale jak wysadzą autobus?

Na dłuższą metę autobus mogą też wysadzić w Polsce albo Niemczech, albo gdziekolwiek.

Musiałabym siedzieć w domu i nigdzie się nie ruszać. Ale ostatnio miałam wyciek gazu, więc równie dobrze mogłam wybuchnąć we własnym mieszkaniu…

Będzie, co ma być. Lecę 🙂

Samolot wypełniony w 2/3, ale oczywiście Ryanair porozsadzał nas na dwóch przeciwległych końcach.

Ludzie i tak się potem zamieniają miejscami, więc Ryan mógłby dać już sobie z tym spokój.

Wylatujemy o 13:00, lot trwa 4 godziny, po dwóch jestem już głodna… I po raz pierwszy w życiu (sama się sobie dziwię) zamawiam jedzenie w samolocie – breję, która podobno jest lasagne’ą.

Marcin mówi, że wolałby umrzeć z głodu.

Lądujemy 15 minut przed czasem na lotnisku Ovda, położonym na pustyni Negew. Nigdy nie widziałam pustyni! I nie zobaczę jeszcze przez kilka dni, bo teraz jest zupełnie ciemno.

 

Kontrola paszportowa idzie zadziwiająco gładko, to nic w porównaniu z tym, co działo się przy wylocie…

Przy wyjściu wita nas uśmiechnięta Pani, która wręcza mi reklamówkę z mnóstwem map i ulotek oraz pakunek z kremem do rąk z minerałami z Morza Martwego. Wszystko sygnowane logo Ministerstwa Turystyki.

Teraz tylko musimy dojechać do Eilatu. Bilet autobusowy kosztuje 21,5 szekla, czyli mniej więcej 21,5 złotego. Niestety na odjazd trzeba było czekać ponad godzinę. Pan Kierowca nas poinformował

I full, I go.

Zanim był „full”, minęło sporo czasu. Chyba bardziej opłaca się zatem wziąć taksówkę za 10 euro, zwłaszcza gdy dzieli się koszt na kilka osób.

W końcu po około godzinie dojeżdżamy na dworzec główny, który znajduje się bardzo blisko naszego lokum. W recepcji starszy Pan Mayer jest przemiły, wszystko nam wyjaśnia, mówi gdzie zjeść, rysuje mapki, nie chce dodatkowych pieniędzy za wydruk kart pokładowych na lot powrotny (w Portugalii chcieli 1 euro za każdą wydrukowaną stronę!) i życzy nam miłego pobytu.

No i teraz najważniejsze – idziemy jeść!

Oczywiście chcemy spróbować dań kuchni izraelskiej, ale lądujemy w kebab barze Big Heart 😛

To zasługa Trip Advisora. Ale nic to – ciekawe doświadczenie, przy kasie siedzi starsza Pani, paląca papierosa, pokazuje nam w menu, co jest dobre. Z paragonem idziemy do lady, gdzie dostajemy shoarmę w picie i falafele. Kosztuje nas to 50 zł. Niezły początek. Słyszałam, że w Izraelu jest drogo, ale nie spodziewałam się, że prawie za każdy posiłek będziemy płacić ponad 100 zł 😛 To był ten najtańszy z całego wyjazdu.

Trzeba zrobić zakupy i wyciągnąć pieniądze z bankomatu na nurki (później okazało się, że można płacić kartą… Wszędzie indziej musiałyśmy płacić gotówką, w Meksyku, Tajlandii, Chorwacji).

I tu zaczęły się problemy. Bankomat uparcie odrzucał nasze karty. Cały czas wyświetlał się błąd. W końcu po szóstym razie maszyna łaskawie zgodziła się wydać nam gotówkę, ale tylko 400 szekli. Nie było opcji wyciągnięcia większej kwoty, a za wybranie gotówki każdorazowo trzeba było płacić ok. 7 zł.

Niezły interes.

W sklepie nie było lepiej: za dwie wody, Colę (wieeeem, ale po tej shoarmie i falafelach to była konieczność) i kiść bananów zapłaciliśmy 32 zł.

W jednej z ulotek wyczytaliśmy, że ceny niektórych produktów sprzedawanych na plażach są z góry narzucone, np. woda 8 zł.

W każdym razie ważne, że jest ciepło! Stwierdziliśmy z Marcinem, że jesteśmy na mini-wakacjach i nie będziemy nieustannie liczyć pieniędzy. W końcu po to je zarabiamy, żeby móc je wydawać na wyjazdach 🙂

Po podróży padłam jak mucha, ale kilkukrotnie budziłam się w nocy, chyba po dużej dawce cukru w Coli. Jest taki film, w którym mały chłopiec wypija wieczorem kilka puszek słodkich napoi, żeby tylko nie zasnąć, bo się boi, że we śnie przyjdzie potwór. Trzeba było nie pić tego cukru.

Marcin się wyspał, ja jestem pół przytomna, czas ruszać na nurki. O 8:30 podjeżdża po nas Siergiej z Nautilus Red Sea i jedziemy do Coral Beach Nature Reserve. Marcin robi PADI Discover Scuba Diver program, a ja dwa nurki.

Po drodze Siergiej opowiada nam o porcie w Eilacie:

Tu trafiają wszystkie auta z Korei i Japonii. Stąd przewożone są do Europy. To alternatywa dla Kanału Sueskiego, bo tu jest bezpieczniej.

Rzeczywiście mijamy parkingi z tysiącami aut! Albo dziesiątkami tysięcy (jak widać obszar pustynny też się może komuś przydać).

W bazie nurkowej Marcin będzie szkolony z teorii, a ja szykuję się do pierwszego nurkowania. Po raz pierwszy (oprócz kursu OWD i cenot) będę nurkować z brzegu! Nawet lepiej, bo po mojej przygodzie ze skręconą kostką przy wskakiwaniu do wody zejście z łodzi byłoby mniej bezpieczne.

Czuję się jak na zajęciach indywidualnych, bo nurkuję sama z Sachą, dive masterem. Zejdziemy na 24 metry zobaczyć wrak Satil.

Wrak owszem był, nawet kręciło się wokół niego jakieś życie. Była ławica pomarańczowych strzępielowatych albo cesjowatych (trudno powiedzieć), żółta skrzydlica, ustniki aniołki arabskie, trochę korali. Najfajniej wpływało się do środka, ale trzeba było uważać na ostre metalowe krawędzie.

Drugie zejście już z Marcinem, to jego pierwsze nurkowanie! Najpierw musi oczywiście wykonać kilka ćwiczeń, łącznie z moim ulubionym zalewaniem maski. Potem już we trójkę schodzimy oglądać rafę.

Znów skrzydlica, ryba flet, biała murena, węże wodne i tyle.

Gdy powoli się wynurzaliśmy zaczęło mi się kręcić w głowie. Pierwszy raz poczułam się tak źle pod wodą.

Ledwo byłam w stanie wyjść na brzeg.

Odwodniłaś się (to Siergiej, który od razu dał mi do picia energetyk). Tutaj klimat jest zdradliwy, wilgotność powietrza jest bardzo duża, więc nie odczuwa się tak mocno ciepła. Dlatego łatwo się odwodnić. Musicie pić 4-5 litrów wody dziennie i unikać kawy i herbaty.

Fakt. Wczoraj piłam bardzo mało. Dziś rano tylko kawę i kilka łyków wody po pierwszym nurku. Trzeba będzie kupić spory zapas płynów na kolejne dni.

Teraz mamy jednak bardziej palące potrzeby – po nurkowaniu umieramy z głodu!

Podrzucę Was do miasta, bo autobus jeździ raz na godzinę (to Siergiej)

Po dwóch minutach:

Przepraszam, ale jednak nie mogę Was podwieźć – mamy kolejnych klientów.

A już miałam nadzieję na jakieś szybkie jedzonko. Ale ale – niezastąpiony TripAdvisor mówi, że tuż obok nas jest Fish Market, jedna z lepszych restauracji serwujących owoce morza. Idealnie! Krewetki, kalmary, ośmiornice, uwieeeelbiam 🙂

Najpierw patrzymy na menu. Mimo że postanowiliśmy nie zwracać uwagi na ceny to jednak 220 zł za lunch trochę boli. Trzeba jednak zaspakajać swoje podstawowe potrzeby, więc w otoczeniu kotów zamawiamy.

Na początek dostajemy mnóstwo miseczek z przystawkami: hummus, pieczony bakłażan polany hummusem, coś pomidorowego jak salsa (pycha!), piklowane buraki i marchewka, pasta z awokado i (chyba) z bakłażana, kasza, kalafior i do tego wszystkiego ciepłe podłużne bułeczki.

Hummus smakował niesamowicie – te, które dotąd jadłam miały kwaskowy posmak. Ten hummus był nieco gorzkawy z mocno wyczuwalnym sezamem.

Danie główne to mule w sosie ziołowym oraz krewetki i kalmary z sosem miętowo-kolendrowym i kolendrowo-paprykowo-pomidorowym.

Koty żuliły wytrwale, ale Marcin powiedział, że takie jedzenie im zaszkodzi, więc się nie podzieliliśmy.

Po tak obfitym posiłku stwierdziliśmy, że zamiast czekać na autobus (na rozkładzie nie było podane, o której przyjedzie) przejdziemy się do kolejnego przystanku, a po drodze popodziwiamy widoki.

Po dwóch kilometrach zaczęliśmy marzyć o transporcie (nurkowanie wysysa ze mnie wszystkie siły). Autobus jednak na nas nie poczekał i uciekł zanim zdołaliśmy dotrzeć na przystanek przy Dolphin Reef. Wzięliśmy więc taksówkę za 30 szekli na spółkę z Panem Francuzem, który za nic nie dał się przekonać, że zrzucamy się po 3 euro i dał nam 5, bo tak mu wyliczyła komórka.

Po krótkim odpoczynku idziemy zobaczyć grającą kolorową fontannę. Podobno to jedna z głównych atrakcji w Eilacie 😉 Jesteśmy nieco sceptycznie nastawieni do tego widowiska, ale pokaz okazuję się całkiem przyjemny – 20-25 min przy różnych rodzajach muzyki (w tym hebrajskie disco-polo, mela, mela, melaaaa) i kolorowych światłach (dwa dni później poszliśmy jeszcze raz).

Po pokazie idziemy przespacerować się promenadą biegnącą wokół zatoki. Trochę jak w Mielnie, wszędzie bary, sklepy, ciuchcia kursująca przy brzegu, wesołe miasteczko, gość chowający kulkę pod kubkami, a oprócz tego rabin dokarmiający koty (naliczyłam 12 sztuk). Eilat to miasto kotów, są dosłownie wszędzie – w restauracjach, na plażach, w sklepach. Nikt nie zwraca na nie zbytniej uwagi, raczej wszyscy odnoszą się do nich z sympatią i ich nie przeganiają.

Jest ciepło, są wakacje, więc nie może zabraknąć lodów włoskich z proszku za jedyne 16 zł.

Marcin wolał chipsy i piwo. Wieczór full relax, po czym w końcu skończyła mi się energia 😉

Kolejnego dnia postanowiliśmy zjeść porządne śniadanie. W tym celu udaliśmy się do… włoskiej restauracji, która w menu miała izraelskie śniadania. Poza tym mieliśmy tam zniżkę z 50 na 30 szekli.

Izraelskie śniadanie to najczęściej jajka w różnej postaci, sałatka i mnóstwo dodatków. Nie podaje się tu mięsa razem z nabiałem. Czasami dodatkiem może być ryba, np. tuńczyk z puszki albo wędzony łosoś.

Oczywiście w knajpce był kot. Żulił niemiłosiernie, ale Marcin znów zagrał argumentem „to mu zaszkodzi”, więc kot niczego nie dostał.

Na dziś zaplanowaliśmy trekking do rezerwatu ptaków, jakieś 4,5 km spaceru, bo trzeba obejść lotnisko, znajdujące się w centrum miasta. Samoloty przelatują nam dosłownie nad głowami. Słońce grzeje, zero chmur na niebie, a wokół pustynia. Eilat wygląda jak jeden wielki plac budowy, wszędzie piach, w powietrzu unosi się rudawy pył, który później osiada na samochodach i dachach domów.

Wchodzimy do Desert Dragon Reserve, ale niestety wszystkie jaszczury się pochowały, wychodzą tylko rano i wieczorem, a nie w samo południe. W rezerwacie też nie za wiele ptaków, ale za to panuje tu spokój i cisza, więc jest całkiem sympatycznie.

W drodze powrotnej zahaczamy o supermarket, a popołudniu relaksujemy się przy basenie (woda lodowata!) na wiklinowych sofach, wcinając daktylowe ciasteczka.

Nie wchodzicie? (to starsza Pani, zanurzona już po pas w wodzie)

Nieee, za zimna woda.

Tak? Ja jestem z Finlandii, u nas jest zimniejsza.

Coś o tym wiem! Trzy lata temu byłam w Finlandii na Sylwestra i po seansie saunowym wskoczyłam do przelodowatego jeziora 😛

Dziś jednak mam ochotę wyłącznie na ciepełko.

Wieczorem znów spacer promenadą, tylko w przeciwnym kierunku. Po drodze kilkanaście kotów, które mieszkańcy Eilatu skrzętnie dokarmiają. Koty są dobrze odżywione, mają piękną sierść i na pewno uważają, że to one rządzą w tym mieście. Przy tym są bardzo cywilizowane, siadają na krzesłach, a przez ulicę przechodzą na przejściu dla pieszych. Jeden, taki mały czarny, kulejący niestety na jedną łapkę, chodził z nami jak pies.

Rozważywszy mnóstwo opcji kolacyjnych, siedząc na ławce nad brzegiem zatoki i obserwując co jakiś czas przejeżdżającą ciuchcię, zdecydowaliśmy się na steki. Początkowo miała być restauracja Casa do Brasil, ale negatywne komentarze na TripAdvisorze skłoniły nas do wybory Little Brasil.

Miejsce niepozorne, w niewielkim baraku kawałek za ścisłym centrum Eilatu, okazało się być źródłem rozkoszy dla podniebienia. Chyba nigdy w życiu nie zjadłam tyle mięsa na raz! Zamówiłam polędwiczkę (300 g) podawaną z sosem kolendrowym i karmelizowaną cebulką, i z pieczonymi ziemniakami, a Marcin wziął T-bone 500 g!!!

Po takiej kolacji turlaliśmy się do domu, ale było warto.

Ostatniego dnia przed wyjazdem bardzo bardzo bardzo chciałam zobaczyć delfiny, więc po zjedzeniu ciastek na śniadanie pojechaliśmy do Dolphin Reef. Za jedyne 68 zł można obcować z delfinami z pływających pomostów lub za 270 zł posnorkować w zatoczce i popływać z tymi uroczymi ssakami.

Czteroosobnikowa rodzina delfinów butelkonosych ma wolny dostęp do morza, ale większość czasu spędza w towarzystwie ludzi.

Delfiny są trochę jak psy, bo przywiązują się do ludzi, i trochę jak koty, bo przywiązują się do miejsca (to mówi jedna z opiekunek). To jest Luna, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, jak widzicie daje mi się głaskać.

A jak często je karmicie? (to ja pytam)

Pięć razy dziennie, ale tylko trochę, żeby same też musiały polować. Każdy delfin ma swoje wiaderko, zanurzamy je w wodzie i metalowym prętem uderzamy w barierkę przy pomoście. Każdy pręt wydaje inny dźwięk. Delfiny rozpoznają „swój” dźwięk i płyną do odpowiedniego stanowiska.

To już wiem, dlaczego tak lubią ludzi 😉 Darmowe ryby 5 razy dziennie…

Jakimś cudem trafiliśmy idealnie na autobus powrotny i na kolację skoczyliśmy do znajomej już włoskiej knajpki. Weszło ravioli szpinakowe i pizza. Potem pakowanie, bo rano trzeba jechać na lotnisko.

W końcu a) zobaczyłam pustynię, b) spróbowałam podobno pysznej i polecanej izraelskiej chałki.

Oba doświadczenia mnie usatysfakcjonowały.

Na lotnisku ogromna kolejka, no i zaczęło się:

Dzień dobry, jestem Lena. Zadam Wam kilka pytań w ramach kontroli bezpieczeństwa.

Ok.

Jak długo się znacie? Co Was łączy? Jesteście tylko znajomymi? Kto, gdzie i kiedy pakował Wasze walizki? Gdzie mieszkaliście w Eilacie? Czy zawsze mieliście walizki przy sobie? Jakie urządzenia elektroniczne przewozicie? Co to jest Kindle? Co to jest czytnik e-booków?

Paszporty przeglądała nam dwa razy, po czym zawołała koleżankę, która również je przekartkowała. Nakleiła mi na paszport jakąś naklejkę i coś na niej napisała. Już miałam wizję kontroli osobistej…

Potem skanowanie bagażu, a potem jeszcze przeszukiwanie każdej torby i walizki.

Z sąsiedniego stanowiska słyszę:

Ma Pan laptopa? (to do Marcina)

Nie, ale ona ma (i palcem na mnie)

Echhh, no więc zabrali mi tego laptopa, obejrzeli i na szczęście oddali. Potem przyszedł do mnie Pan Celnik i kazał gdzieś ze sobą iść (znów wizja kontroli osobistej…).

Okazało się jednak, że zaprowadził mnie do kolejnego stanowiska skanowania bagażu.

A podobno narzeczeństwo pytali, kiedy w końcu wezmą ślub! (to usłyszałam od rodaków, którzy też wracali do Poznania)

No! A małżeństwo puścili bez przeszukiwania bagażu! Co oni mają do tych singli? (to też z rozmów poirytowanych pasażerów)

Ucieszyłam się, gdy w końcu przeszłam przez ostatnią bramkę kontrolną. Niestety nasz lot był opóźniony o pół godziny, potem w samolocie okazało się, że zabrakło dla mnie jedzenia, bo pasażerowie z przodu i środka wszystko wykupili (został tylko croissant z szynką i serem), a na dodatek w samolocie znów włączyli mrożącą klimatyzację, więc leciałam okryta bluzą Marcina, w kurtce, szaliku i czapce.

Więc końcówka taka sobie, ale ogólnie mini-wakacje miłe. Nurkowanie i 26 stopni na początku grudnia to coś, co mi bardzo odpowiada. Oczywiście już mam ochotę na kolejną podróż 🙂

Morsowanie

Plant-based diet