Chorwacja cz.1

Pomysł na podróż do Chorwacji był dość spontaniczny.

Po prostu było mi zimno. A ponieważ marznięcie, oprócz głodu i niewyspania, sprawia, że jestem nieszczęśliwa, postanowiłam to zmienić.

W Polsce jak na razie lata nie ma, więc chciałam jechać do kraju, gdzie będzie mi ciepło. I tak padło na Chorwację.

Przeważnie planujemy z Olą nasze wyjazdy. Teraz jednak postanowiłyśmy, że będziemy podejmować decyzje na miejscu i robić to, na co akurat w dany dzień mamy ochotę.

Wiedziałyśmy, że na pewno chcemy nurkować i dokumentnie zwiedzić Dubrownik. Kupiłyśmy więc bilety na czarter z Poznania do Królewskiej Przystani (o czym dowiedziałam się od Oli, bo Gry o Tron nie czytałam i nie oglądam 😛 )

Ola zarezerwowała auto – o zgrozo, w wypożyczalni Sixt (powtórka z Islandii) i już na początku naszej wyprawy okazało się, że wbrew informacjom na stronie internetowej Sixt chce pobrać od nas wyższy depozyt, chyba że wykupimy dodatkowe ubezpieczenie na koła i przednią szybę… Pełne ubezpieczenie miałyśmy już w Polsce wykupione w innej firmie, ale to Pani z Sixta (dość niemiłej) wcale nie obchodziło. Ma być ich ubezpieczenie i już. A jak nie to 10 000 kun depozytu. Koniec końców zdecydowałyśmy się wydać te 4 euro dziennie. Następnie Pani poinformowała nas, że dodatkowo pobiorą jeszcze 50 euro na ewentualne nieprzewidziane wypadki typu mandat i jeszcze 45 euro za wjazd do Bośni i Hercegowiny, bo trzeba mieć zieloną kartę. Więc w sumie zablokowali nam 1000 euro.

Po tych nieprzyjemnych formalnościach podjechał nasz uroczy Opel Corsa i mogłyśmy zacząć wakacje.

Prowadzę auto w Chorwacji! (to podekscytowana Ola, która jakieś 8 miesięcy temu zrobiła prawo jazdy)

Potem już tak nie mówiła, raczej posługiwała się inwektywami. Trzeba jednak przyznać, że warunki do jazdy nie były przyjazne – mnóstwo serpentyn, stromych zjazdów i podjazdów, nieprzewidywalni kierowcy niezważający na linię oddzielającą pasy ruchu, ludzie spacerujący po jezdni albo wchodzący nam prawie pod koła itp.

Za to widoki przepiękne!

Po drodze postanowiłyśmy jeszcze zjechać do miasteczka Cavtat, bo podobno ładne. Cavtat został założony w starożytności. Co ciekawe, gdy w VII wieku najechali go barbarzyńcy, część mieszkańców uciekła na północ i dała początek Dubrownikowi. Ponieważ to właśnie Dubrownik chcemy dziś zwiedzać, pobyt w Cavtat ograniczamy do spaceru nadmorską alejką wokół półwyspu Rat.

Na dzień dobry, o godzinie 10:00 rano, temperatura 32°C, więc w końcu czuję lato. W Poznaniu na początku lipca było 18 stopni, pochmurno i deszczowo. A tu słońce, piękne błękitne niebo i turkusowa woda. I wszędzie zapach szyszek.

Perła Adriatyku

Po odprężającym spacerze i uregulowaniu opłaty parkingowej (w Chorwacji opłaty za parking są dość wysokie. I rzeczywiście za 1h parkowania w Cavtacie płaci się 10 kun, czyli niecałe 6 zł) ruszamy do Dubrownika.

Już z oddali widać Stari Grad – otoczony murami, z całym mnóstwem pomarańczowo-rudych dachów i kopułami kościołów.

Po koszmarnym serpentynowym i niezmiernie stromym podjeździe docieramy w końcu do naszego mieszkania.

Hello! Welcome to Chroatia! (to nasz gospodarz) Some juice and cookies to welcome you!

To się nazywa powitanie 🙂 Sok i ciastka skonsumowałyśmy i po zaaplikowaniu odpowiedniej dawki kremu przeciwsłonecznego wyruszyłyśmy na zwiedzanie.

Już po kilku chwilach stwierdziłam, że Dubrownik to miasto schodów. Tu nawet ulice są stromymi pasmami kamiennych stopni, na które wychodzą bramy domów. Jest tu mnóstwo schodowych skrótów, więc można się pogubić i wejść komuś do ogródka. Niektórzy w taki upał biegają po tych schodach i mają na brzuchach kaloryfery, ale na nas czekają inne atrakcje.

Zaczynamy od Starego Miasta i murów zamkowych. I tu szczerze przyznam, że mimo całego uroku Starego Miasta, które w całości wpisane jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, ciężko było poruszać się w morzu turystów, którzy tłoczyli się w wąskich uliczkach i zalewali placyki starego Dubrownika.

Luźniej było na murach zamkowych, bo to jednak prawie dwukilometrowy spacer w upale. Grubość murów dochodzi nawet do 6m (!), a wysokość do 25 m. Roztacza się z nich fantastyczny widok:

Bilet uprawnia także do zwiedzania XIV-wiecznego Fortu Lovrijenac, w którym obecnie odbywają się spektakle teatralne. Co ciekawe, twierdza została zbudowana w zaledwie 3 miesiące, gdyż mieszkańcy miasta postanowili ubiec Wenecjan, chcących wybudować w tym miejscu własną fortecę.

Pod wieczór, gdy nie było już tak upalnie, poszłyśmy na jedną z niewielu plaż w Dubrowniku. Plaża oczywiście kamienista, dlatego lepiej mieć ze sobą buty do wody. Woda w Adriatyku dość chłodna w porównaniu z Morzem Andamańskim, ale szybko można się przyzwyczaić.

Do Dubrownika wróciłyśmy jeszcze w ostatni dzień naszej podróży. Chciałyśmy obejrzeć miasto z wysokości i w tym celu wjechałyśmy kolejką linową na wzgórze Srd.

Ceny:

Dubrownik jest drogi. Trzeba być przygotowanym na wydanie sporych sum na jedzenie, bilety wstępu i przede wszystkim parkingi!

W Starym Mieście i jego najbliższej okolicy opłata za 1h parkowania wynosi 40 kun (czyli ok. 23 zł!).

Kolejka na wzgórze Srd 180 kun. Mury miasta 150 kun.

A propos kun, oni naprawdę mają kuny na monetach 😀

Za obiad płaciłyśmy przeważnie 70-120 kun (sałatki 70-90 kun, makarony, risotto, owoce morza 90-120 kun, porcja lodów 10 kun – pan lodziarz podrzuca kulki lodów i łapie je do wafelków 😛 )

W wąskich schodowych uliczkach można też znaleźć ciekawe miejsca ze strawą, jak na przykład Barba.

To tam trafiłyśmy ostatniego dnia, zupełnym przypadkiem, i zamówiłyśmy Plata Barba, zestaw owoców morza, na który składał się ogromny burger z ośmiornicy (jest też wersja krewetkowa), grillowane kalmary, kanapeczki z pastą rybną i (chyba) śledziem, sałatka z ośmiornicy (jak ceviche) i świeże lub pieczone ostrygi. Mniam!