Tajlandia cz.1

Jadę do Arco i w związku z tym postanowiłam w końcu opisać wyprawę do Tajlandii.

Opóźnienie zaledwie czteromiesięczne, ale wspomnienia nadal świeże. Jadąc na berlińskie lotnisko wracam więc myślami do wydarzeń grudniowo-styczniowych:

Zobacz, hotel ze ścianką wspinaczkową!!! (to Ola)

Cudownie! Bierzemy??? Ja chcę! (to ja)

Wiedziałam, że będziesz chciała, więc już zarezerwowałam ostatni wolny pokój.

I co ja mogę na to powiedzieć? Najwyraźniej Ola potrafi czytać w myślach 😉

Za kilka dni wylatujemy do Tajlandii. Jednym z głównych punktów programu, obok nurkowania, jest wspinaczka na Railey, podobno jednej z najpiękniejszych plaż świata, a tu booking.com zsyła nam hotel ze ścianką. Będziemy ćwiczyć!

Kacha: ale Wam zazdroszczę! To żarcie, masaże stóp! Mango sticky rice! Tylko uważajcie na te tradycyjne łodzie, bo były przypadki, że ludziom głowy poodcinało, albo rękę, nogę. Bo one mają silniki na wysięgnikach i czasem taki turysta się może wkręcić… No i są często przeładowane, mogą zatonąć, też bywało, że nie wszystkich odratowali.

Nie ma to jak pozytywne nastawienie przed podróżą 😛 Ale oczywiście będziemy uważać, do nurkowania i wspinu potrzebuję wszystkich kończyn. Głowy też…

Tylko trzeba przewieźć szpej, jakiejś obcej używanej linie bym nie zaufała. I tu pojawia się odwieczne pytanie:

Bierzesz walizkę, czy plecak?

To samo było przed Meksykiem. Wtedy wzięłam walizkę, bo nie byłabym w stanie podnieść plecaka wypchanego sprzętem do nurkowania. Teraz jednak wizja znoszenia walizki z łodzi, albo przeciągania jej przez piaszczystą plażę zachęciła mnie do wzięcia plecaka… (Później okazało się, że mimo braku sprzętu do nurkowania i tak nie mogę go podnieść…)

Ja tam biorę walizkę (to Ola). W Meksyku jako jedyna miałam plecak i nigdy więcej tego nie powtórzę. Zresztą będę wiozła linę i szpej.

Koniec końców Ola też wzięła plecak i żałowała przez cały wyjazd :p Przyznam, że w niektórych momentach też brakowało mi walizki na kółkach mimo, że w wielu sytuacjach znajdowali się życzliwi ludzie, którzy za mnie wtaszczali plecak na czwarte piętro, zanosili do samochodu/autobusu i podnosili, żebym mogła tę cegłę założyć na plecy.

Do Tajlandii leciałyśmy Quatar Airways (choć oszukali nas, bo miał być Dreamliner, a w ostatniej chwili zmienili na Airbusa), z przesiadką w Ad Dausze.

Podróż do stolicy Kararu w towarzystwie najnowszych przebojów kinowych i smacznego jedzenia zleciała zadziwiająco szybko

 

 

 

Gorzej było w samej Ad Dausze, gdzie musiałyśmy czekać 6h na przesiadkę. Przez pierwszą godzinę zwiedzałyśmy lotnisko, w drugiej oddałyśmy się konsumpcji, później jednak zaczęło robić się zimno (doceniłam wtedy moje grube getry, sweter i ocieplacze na nogi 😀 ) i trzeba było zmienić miejsce.

Ku naszemu zaskoczeniu na lotnisku Hamad są nie tylko sale modlitw, z przedsionkami do ablucji, ale również strefy ciszy z leżakami i zaciemnionymi szybami (oczywiście osobne dla kobiet i mężczyzn). Zaległyśmy tam z wielką ulgą, nastawiłyśmy budziki i obudziłyśmy się w samą porę na kolejny lot.

– – –

Lot z Ad Dauhy do Phuketu to znów filmy i jedzenie. A potem stała się rzecz niesłychana – zasnęłam!

Nigdy nie zasypiam w niczym, co się porusza, i to na dodatek w pozycji siedzącej. A tu taka miła niespodzianka. Przydało mi się te kilka godzin snu – podczas lotu do Meksyku nie spałam w ogóle i po wylądowaniu ledwo trzymałam się na nogach. Teraz jednak byłam całkiem przytomna.

Lotnisko Phuket wygląda na dość kameralne i puste. Odbieramy bagaż i wyciągamy baty z bankomatu (z wymianą pieniędzy nie było żadnego problemu, wszędzie kantory i bankomaty; doszłyśmy do wniosku, że bardziej chyba opłaca się wymieniać dolary. Prowizja za wypłatę gotówki w bankomacie to ok. 20 zł niezależnie od kwoty). W końcu kupujemy lokalną kartę SIM i wychodzimy z budynku szukać transportu do hotelu.

Stawiam nieśmiało pierwszy krok i już się cieszę na to ciepełko.

Szok, którego doznałam w kolejnej sekundzie był dla mnie kompletnie niezrozumiały.

Przecież to Tajlandia, miało być ciepło, a tymczasem bardziej owinęłam się swetrem.

Zrozumienie przyszło wraz  z drugim krokiem.

Poczułam się tak jakby ktoś nagle pacnął mnie gorącą mokra szmatą w twarz. O jezu, jak duszno i wilgotno, i co najważniejsze, ciepło! Okazało się w stawiając pierwszy krok byłam jeszcze w strefie klimatyzacji z hali lotniska 😉

Teraz jestem w końcu zachwycona! To nic, że mam na sobie wełniane rajstopy, getry i gruby sweter.

Ola trochę przymiera, chyba nie lubi gorąca tak jak ja. Ciężkie plecaki nie pomagają. Musimy szybko znaleźć transport do hotelu.

O jakichkolwiek znakach informacyjnych możemy zapomnieć, o przystanku również. Są tylko ludzie i taksówkarze, którzy od razu nas dopadli.

Taxi, taxi! Where you go?

Nie chcemy taxi, chcemy bus.

Bus?? Nooo, taxi!

No taxi! Bus!

No bus, no bus!

My się tu chyba nie dogadamy… zapytajmy kogoś innego.

Podchodzę do miło wyglądających Pań, zbierających wózki bagażowe. Jedna z nich łamaną angielszczyzną, wytłumaczyła nam, że autobusy do Phuket Town odjeżdżają z zupełnie innego terminala, a w ogóle to ostatni odjechał już dawno temu.

Koniec końców musiałyśmy jechać taksówą. No bus, taxi wygrało. Przejażdżka kosztowała nas 600 batów, czyli ok. 70 zł (odległość nieco ponad 30 km).

Taksówkarz nie miał zielonego pojęcia, gdzie ma nas zawieźć (co okazało się normą), więc Ola pokazała mu na komórce trasę. Po drodze jeszcze zatrzymał się w swojej firmie po coś tam, ale jego współpracownica przyszła dotrzymać nam towarzystwa i przy okazji chciała nam sprzedać wycieczkę dokądkolwiek byśmy nie chciały. My byśmy nie chciały, chciałybyśmy już do hotelu. Ale ładnie nas przeprosili, więc nie będziemy chować urazy.

W końcu dotarłyśmy na miejsce. Pan recepcjonista z Art Hotel był na tyle miły, że wtaszczył moją Plecocegłę na 4 piętro.

Nie sądziłam, że już pierwszego wieczora wylądujemy w tajskim więzieniu…

Dlaczego?

Dlatego:

To w Phuket normalne – przy głównych ulicach budynki stoją tak blisko siebie, że niemal stykają się ścianami. Na dodatek zabudowa jest w większości niska, więc nie ma szans na „widoczek”.

Czyli przez pierwsze kilka dni będziemy musiały żyć w świetle neonówek (kilka dni później, po zmianie hotelu, miałyśmy więcej szczęścia w postaci dachu z tarasem).

Ale kto by tam w ogóle siedział w hotelu!

Chodźmy na miasto upolować coś do jedzenia!

Tajskie jedzenie!!! Jeden z głównych powodów, dla których tu przyjechałyśmy, no może oprócz nurkowania i wspinaczki 😀 Obie wyznajemy pogląd, że życie bez jedzenia byłoby niesamowicie smutne.

Zanim jednak cokolwiek tu przyjmiemy trzeba się odkazić. Na tę okazję zakupiłyśmy w bezcłowym w Warszawie dwa małe Krupniczki orzechowe, obrzydliwie słodkie. Łyczek przed każdym posiłkiem miał zapobiec tajskiej odmianie Zemsty Montezumy, czyli szeroko pojętym problemom żołądkowym.

Ruszamy zatem na spacer po Phuket

Szukałyśmy nocnego targu z jedzeniem, ale znalazłyśmy jedynie targowisko z indyjskimi bibelotami (później okazało się, że do jedzenia trzeba było iść w przeciwnym kierunku). Od początku uzgodniłyśmy, że będziemy spożywać wyłącznie street food, no bo w końcu gdzie, jeśli nie w Tajlandii. Niestety pierwszego wieczora otwartych straganów już nie znalazłyśmy, było już przed północą. Koniec końców nie wyszło jednak źle:

Patrz! Pad thai za 4 złote!

Ale nie bierzemy tego za 4 tylko za 9 zł, bo ma krewetki!

Jakie to dobre! I świeże! Nie wiem, dokąd zaprowadzi nas nasza nowa, tajska, dieta…

Pad Thai stanowił wyśmienite zakończenie tego długiego trzydziestoczterogodzinnego dnia. Po jedzeniu chce się spać, nawet w pokoju bez okien 😉