Arco – wspin

Co tu się dzieje?!

(Stacja przy Auchan)

Tu mają najtańszą benzynę.

Ale opłaca się nam tu stać? O ile tańsza? (to Kacha)

40 groszy, czyli wyjdzie 15 zł taniej – to hamburger. Masz hamburgera albo nie masz (słusznie zauważa Jawor)

Po takim argumencie sprawa nie podlegała dalszej dyskusji. Czekamy 😀

I tak radośnie, z wizją McDonalda na horyzoncie, rozpoczynamyy naszą podróż do Arco.

Autem do Berlina, z Berlina do Bergamo, z Bergamo autem do Arco.

Samochód Jawora zostawiamy na parkingu rosyjskojęzycznym 18 km od Schönefeld.

Mamy tylko jedną walizkę z limitem 15 kg i bagaże podręczne, a wieziemy 2 liny, 3 zestawy ekspresów, kaski, uprzęże, buty…

Trochę tego wyszło.

bagaż

A dokładnie 18,6 kg w walizce, która miała ważyć 15 kg…

Najwyżej ekspresy zawieszę sobie na szyi i powiem, że to biżuteria (to pomysłowo Kacha)

Z duszą na ramieniu wędrujemy w stronę odprawy bagażu. Kacha idzie sama, a my staramy się nie gapić.

Co robi?

Kładzie walizę.

A ten gość?

Naklejkę przykleja…

Pan Nadający nawet okiem nie mrugnął 😀 A w Meksyku czepiali się o 1 kg! I jeszcze podrobili mój podpis, że niby walizka uszkodzona!

Z bagażem się nam upiekło, ale z samochodem nie było już tak różowo. Zamówiliśmy odbiór auta na 22:00. Niestety lądowaliśmy 15 min po planowanym czasie i Jawor poszedł po auto o 22:15.

Z Kachą odbierałyśmy bagaż.

Jaowor dzwoni. Cooo??? No żartujesz.

Co jest??

Chcą, żebyśmy dopłacili 50 euro za to, że nie odebraliśmy auta o 22:00.

Coo?!

No właśnie to. Pani w Interrent była bardzo niemiła. Powiedziała, że nic ją nie obchodzi spóźnienie samolotu, że tak jest w umowie i koniec kropka. Możemy się kłócić, ale ona bez tej opłaty nam samochodu nie wyda i już. No i zaczęło się. Kacha dzwoni do Ryanaira, Jawor spokojnie negocjuje, ja już składam skargę na niemiłą Panią, Ola.. właściwie to nie wiem, gdzie jest Ola, w każdym razie 50 euro zapłaciliśmy, licząc że uda się je odzyskać po powrocie (gdy to piszę jest już po powrocie, a 50 euro nie ma 🙁 )

Aby ukoić nerwy zgromadzonych, otwieram pudełko Toffifee, których nie chciał Oskar (do tej pory nie rozumiem, jak można nie chcieć Toffifee. Nikt z nas tego nie rozumie. To już mogłeś wziąć i dać komuś w prezencie…)

Przynajmniej dostaliśmy autko zupełnie nowe, słodziak Fiat 500 😉 Soooo Italian 😀

fura

Jeszcze tylko 2h jazdy i będziemy w Arco. Po raz pierwszy korzystam z Airbnb, do tej pory uprawiałam couchsurfing 😉 Ciekawa więc jestem tego doświadczenia.

Mieszkanie mamy w samym centrum miasteczka. Przy uroczej brukowanej uliczce, na której (to najważniejsze dla Kachy) znajduje się sklep La Sportivy 😉 Oczywiście wjechaliśmy tam, gdzie nie można wjeżdżać, ale trudno, jest 2:00 w nocy, nikt tu z mandatem raczej nie przyjdzie 😛

Odbiera nas Gianluca i prowadzi do mieszkania.

Oooooooooooo! Jak ładnie!

Mieszkanie świeżo wyremontowane! Jeszcze delikatnie pachnie farbą. Wszystko nowe, meble, sprzęt kuchenny, czyściutka nowiutka łazienka! Jak na pierwszy raz lepiej trafić nie mogłam (tak, Ola wybierała, bo pewnie już myśli „No i czyja to zasługa?” :D) Jest też ekspres do kawy! I balkon! A z balkonu widok! 😀

flat

Cudownie, cudownie! Jestem zachwycona! Jest ciepło, słonecznie i tu rosną palmy!!!

palmy 2

palmy

pama

Jesteśmy w raju dla wspinaczy. W regionie Arco jest ponad tysiąc drug wspinaczkowych! Miasteczko leży niedaleko jeziora Garda na północy Włoch, niecałe 2h jazdy od Mediolanu. Do Werony też niecałe 2h 😉

arco2

Nad Arco górują ruiny średniowiecznego zamku. Właściwie to wszędzie tu są zamki 😉

zamek

W tak uroczej scenerii idziemy na śniadanie. Oczywiście kawa i croissant 😀 Rano kawa z mlekiem (po południu Włosi piją tylko czarną). Przynajmniej nikt tu na śniadanie nie je fasoli 😛

brekf.

brkf.1

Po rozpuście podniebienia czas na wspin!

Pieku pożyczył nam topo, inaczej byłoby ciężko (choć jak się później okazało oznaczenia dróg w topo odbiegały od rzeczywistości. Porównywaliśmy topo innych wspinaczy i każde mówiło coś innego 😛 )

Trzy dni wspinaczkowe i trzy różne rodzaje doświadczeń. Na pierwszy ogień rejon Belvedere z przepięknym widokiem na Gardę! Podejście dość strome, przegapiliśmy nasz skręt i skończyło się na przedzieraniu przez chaszcze 😛 Nie ma to jak mocny początek 😀

osiem

Już full pro wiążę ósemkę 😀 Nie to co kiedyś… 😉

góra

rock

Ależ ten widok był cudowny! 🙂

belved.

Kolejny dzień to bardzo znany rejon Massone. Miejsce urokliwe, piękna złoto-czerwona skała, a tuż obok gaj oliwkowy!

gaj

masson.2

Przy niektórych drogach pozycja do asekuracji była dość niewygodna i jak na poniższym obrazku widać – mało stabilna 😉

asek.

Podobno do wycen na Massone trzeba dodać 1, żeby były adekwatne. Rzeczywiście skała była wyślizgana i aż dziwiliśmy się, gdy rozgrzewkowe 4a/b okazywało się być całkiem niebanalnym wyzwaniem. W świetle tego faktu jestem z siebie bardzo dumna 😀 Z Jaworem zostaliśmy bohaterami dnia, ratując ekspresy, którym groziło wieczne zawieszenie na skale 😀

massone1

I w końcu rejon Nago. W topo piszą, że drogi od 6c do 8c +. To jakim cudem robiliśmy 4a??? No właśnie nie robiliśmy – okazało się, że 4a, które wybrałam na rozgrzewkę okazało się być 5b 😀 Ale 5b to z kolei nie 6c…, zresztą nieważne 😛

nago

Co ciekawe spotkaliśmy tu Holendra, który okazał się jednym z  12 finalistów mistrzostw Holandii w bulderingu i który pytał mnie, czy to prawda, że prezydent Polski to dyktator, bo tak pisze o nim holenderska prasa…

Oprócz wspinu pojechaliśmy też na via ferratę, zbiorowy pierwszy raz, bo nikt z ekipy wcześniej tego nie robił 😉

Dla niewtajemniczonych: via ferrata to z włoskiego „żelazna droga”, czyli szlak z różnymi formami zabezpieczeń, np.  stopniami, mostkami i przede wszystkim stalową liną, w którą wpina się lonżą.

Żądni wrażeń, nie chcieliśmy, żeby było za prosto. Zdecydowaliśmy się więc na ferratę Rio Sallagoni, gdzie jednym z elementów było przechodzenie przez kanion po metalowych stopniach-prętach (Jawor przeciera szlaki 😉 ) i…

fer.1

kanion

przejście po mostku linowym 😛 Jak w cyrku!

mostek

most3

most1

Uroczo było. W pewnych momentach jak w Księdze Dżungli 😉 Mnóstwo dzikiej roślinności, orzeźwiający strumyk, tajemnicze schodki.

I jak na prawdziwą Księgę Dżungli przystało, była też przygoda.

ks

O nie nie nie!

Co się stało?

Kacha upuściła okulary.

Gdzie poleciały?

Tam, widzę je! W strumyku, na dnie.

Wspomnę tylko, że strumyk był pod mostkiem, w małym wąwozie…

Możemy wziąć linę i się spuszczę na dół (to zdeterminowana Kacha)

Linę akurat mieliśmy w samochodzie na wypadek chęci wspinu po ferracie.

To co, ratujemy okulary?

Zorganizowaliśmy bardzo profesjonalną akcję ratunkową. Jawor i Ola wpięli się lonżami w linę, spuścili Kachę do wąwozu, był moment zgrozy, gdy Kacha poślizgnęła się na mokrych kamieniach, ale akcja zakończyła się sukcesem! Jawor użył siły swych siatkarskich mięśni, by wciągnąć Kachę z powrotem przez chaszcze. Ola dzielnie pomagała jako drugi asekurant.

A ja byłam naczelnikiem budowy i czuwałam nad przestrzeganiem przepisów BHP 😛

okulary1

(Ten opalony punkcik na dole to Kacha 😉 )

okulary2

Ferrata kończyła się u stóp zamku Castello di Drena, gdzie z lubą chęcią spożyliśmy lody 😀

drena

A ponieważ odczuwaliśmy niedostatek wrażeń, postanowiliśmy udać się na kolejną ferratę Sentiero dei Contrabbandieri, czyli „ścieżkę przemytników”, która miała wyglądać tak:

ferr.2

I teraz uwaga: nie znaleźliśmy wejścia!!! Szukaliśmy 2,5h, co zgodnie uznaliśmy za kompletną porażkę 😀 Na dodatek na sam koniec spotkaliśmy niemieckich turystów, którzy właśnie z tej ferraty wracali, powiedzieli, że było zachwycająco i dali nam mapkę, na której zaznaczono wejście… LOL. Ale i tak mi się podobało – mały trekking był, widoki cudne, energii zamiast ubyć, to mi przybyło, no i mamy kolejny powód żeby tu wrócić 😀

widok1

widok2

Na koniec akcent kulinarny 😀 Bo przecież Wochy to wspaniała kuchnia!

Z ciekawostek: większość restauracji jest zamknięta między 14:00 a 19:00 i zamknięta w ogóle w jeden dzień tygodnia. Tylko nie wiadomo, w który… Więc np. we wtorek w dwóch miejscach pocałowaliśmy klamkę 😛

Ale do rzeczy!

Na początek penne z sosem arrabbiata (z pomidorów, czosnku i papryczek chili w oliwie z oliwek)

makaron

Później oczywiście pizza! Ogromna, nie mieściła się na talerzu!

pizza2

pizza1

pizza3

Co ciekawe Włosi traktują makarony i pizze jako preludium do dań głównych, którymi są przeważnie dania mięsne, na przykład golonka 😀

Ja po takim pierwszym daniu nie miałam już miejsca na nic innego… oprócz deseru!

Crème caramel, panna cotta (przepyszna! powaliła nas na kolana 😀 ) i tiramisu

tofi

panna

tiram.

Spróbowałam też gnocchi z krewetkami

gnocchi

i strangolapreti, czyli kluseczek ze szpinaku, czerstwego pieczywa i ricotty

strang.

Z typowych przekąsek:

Bruschetta

brusch.

Focaccia z mozzarellą i cukinią

sandw.

Na śniadanie owsianka i croissanty 😉

croiss.

A przed posiłkami apetyt rozbudzał nam aperitif, ja spróbowałam Crodino – gorzki napój pomarańczowy z dodatkiem ziół.

crodino

Nie, wcale nie oddawaliśmy się wyłącznie konsumpcji 😀 Większość czasu zajął nam wspin 😉

Nasz wypad tak mnie zainspirował, że w końcu kupiłam ekspresy! 😀

eksy

i zaczęłam uczyć się włoskiego 😉

Wspin początki

Meksyk – cenotes