Belize – Caye Caulker i The Great Blue Hole

Przed Belize i The Great Blue Hole czeka mnie jeszcze chrzest bojowy.

Pierwszy raz będę nurkować w morzu 🙂 I to od razu w Morzu Karaibskim, a co! 😀

Gosia zabiera nas na rafę, którą wiele lat temu odkrył Jeff.

Właściwie to będą moje trzy pierwsze razy w jednym: pierwsze nurkowanie w morzu, pierwsza rafa i pierwsze nurkowanie z łodzi!

sea

Znajdujemy się w okolicy Casa Cenote – na powierzchni wody, przy łodzi, widać bąble – to miejsce gdzie słodka woda z cenoty miesza się ze słoną wodą morza.

Pogoda piękna, ale jest lekki wiatr, mamy więc sporo fal.

Z tej łodzi nurkujemy przechylając się w tył z siadu na burcie (to wyjaśnia Gosia)

Widziałam takie coś na filmach i zawsze wydawało mi się to nieco straszne… A teraz ja mam to zrobić i jeszcze uważać, żeby mi nikt nie spadł na głowę, i żebym sama nie uderzyła głową w łódź…

Potem trzymacie się liny i płyniecie w dół. Czekacie na mnie na dnie.

No dopsze…najwyżej utonę. Chociaż w takiej piance i napompowanym jackecie trudno by było 😛  A zatem do tyłu hop!

Wielkie plusk i nawet przeżyłam. Tylko dlaczego tak buja?! Trochę mi się zaczyna kręcić w głowie. To zupełnie inna bajka niż w cenotach, woda słona i ciepła! Ile siły trzeba włożyć w to, żeby „ściągnąć” się po linie w dół! Już jestem zmęczona 🙂 I w ogóle ile tu wolnej przestrzeni!!!

Mr X miał rację. Tu nie ma się w co uderzyć, nie ma sklepień nad głową, jest jasno! Ale szok 😀

No i jest rafa kolorowa!  Z przewagą brązów i fioletu. Trzeba uważać, żeby o nic nie zahaczyć – w końcu to żywe stworzenia,  nie chcemy niczego zniszczyć.

Po survivalu w cenotach utrzymanie neutralnej pływalności to teraz pikuś 🙂 Aż jestem z siebie dumna 😀

W nagrodę zjem krowę 😀

cow

Trochę dziwnie było nurkować w tak ogromnym akwenie. Po cenotach byłam przyzwyczajona do małych komnat, korytarzy, stropów, a tu nic! Przynajmniej mam porównanie 🙂 W The Great Blue Hole będzie jeszcze inaczej, bo tam nurkujemy wzdłuż ściany studni koralowej.

Wyruszamy zatem do Belize. Najpierw z Tulum jedziemy wybrzeżem do Chetumal, na granicy Meksyku z Belize, a stamtąd wodną taksówką płyniemy na wysepkę Caye Caulker.

Długa droga, więc trzeba zjeść pożywne śniadanie… po meksykańsku 😉

beans

Niesamowite, że oni do wszystkiego podają zmiksowaną fasolę. Ryż z jajecznicą to jeszcze zjem, ale fasolowa papka? No nie mogę, po prostu nie mogę.

Zjadłam sfermentowanego rekina, ale ta fasola mnie przerasta 🙁 Za to Mr X wcinał ją z ogromnym zadowoleniem (nawet moją porcję 😀 )

Podróż do Chetumal mija całkiem szybko, w autokarze mogliśmy rozkoszować się urokami języka hiszpańskiego w wykonaniu Sylvestra Stallone’a i Arnolda Schwarzeneggera 😛

mehico

W urzędzie celnym na przystani musimy zapłacić za to, że wyjeżdżamy z Meksyku… Prawie 400 pesos :/ Po tej nieprzyjemności trzeba poprawić sobie humor. A w naszym przypadku najlepiej zadziała tu… jedzenie!!! Wiadomo 😀

Na piętrze jest restauracja 😉

ceviche

Kulinarny raj! Ceviche w najlepszym wydaniu! Ryba, krewetki i ośmiorniczki marynowane w soku z limonki, z czerwoną cebulą i kolendrą, podawane na zimno. Pychaaaa!

A to mój numer jeden – tatar z tuńczyka. Poezja! Nigdy nie jadłam tak dobrego tatara, po prostu rozpływam się z zachwytu!

tatar

I tak oto najedzeni i napojeni będziemy opuszczać Meksyk.

Schodzimy na dół, idziemy do naszych bagaży i nagle ktoś rozkazuje:

Odsunąć się! Ustawić się w rzędzie za tą linią!

??? Aż nie mogę uwierzyć, normalnie jak na filmie.

Podjeżdżają jakieś służby mundurowe, z bronią, z psem.

Narkotyków będą szukać (to Darek).

Psa spuszczają. Wącha, wącha. Nagle zaczyna się kręcić wokół jednej torby, potem wokół plecaka. Pan Żołnierz odkłada torbę i plecak na bok.

Ola, to jest Twój plecak, i torba Darka… Przewozicie narkotyki? 😛 😛 😛

Na szczęście pies za drugim razem już zignorował te bagaże.

Na pewno wyczuł psy Gosi i Jeffa, bo przecież zostawiliśmy te torby na noc w bazie nurkowej (to wyjaśnia Darek).

W każdym razie nie było to miłe doświadczenie. Od razu na myśl przyszedł mi film „W matni”, w którym dwie dziewczyny zostają skazane na dłuuugie lata tajskiego więzienia, bo ktoś im podrzucił narkotyki…

I w ogóle takie rozkazywanie, ustawianie ludzi w szeregu, miałam mały szok kulturowy.

Na szczęście siedzimy już w water taxi. Niby 1,5 godziny będziemy płynąć.

Trochę niepokoją mnie pootwierane okna, łatwo przeziębiają mi się zatoki, a z zapchanym nosem nie będę mogła nurkować :/

Podróż trawa ponad 2 godziny… i cały ten czas spędziłam z polarem na głowie 😛 Wiało.

Granicę przekraczamy w San Pedro – oczywiście za wjazd do Belize trzeba zapłacić… (opłata na rzecz ochrony bogactwa naturalnego). Już mnie to nawet nie dziwi… W Meksyku  za wszystko trzeba było płacić – nawet za to, że kierowca autokaru wkłada do bagażnika walizkę…

Z San Pedro płyniemy na Caye Caulker – niewielką koralową wysepkę na Morzu Karaibskim, 32 kilometry na północ od Belize City (które nie jest stolicą Belize 😉 Stolicą kraju jest Belmopan). Ponieważ wyspa jest zbudowana z wapienia wszystkie drogi i plaże są białe 🙂 Ktoś doradził nam, żebyśmy nawet w pochmurne dni smarowali się kremem z filtrem i zakładali okulary przeciwsłoneczne, bo piasek mocno odbija promienie i można się spalić 😉

Ale mi się tu podoba! Rajska wyspa! Słońce, turkusowa woda, palmy i… ogromne pelikany! 😀

peli

peli.2

birdy

water

cc

flower

Kraina luzu, spokoju i wiecznego relaksu. Go slow. Don’t worry, be happy.

banana

kids

basket

Nasz domek pod palmami

domek

A gdy przy domku są koty, a dokładnie sztuk cztery, osiągam pełnię szczęścia

k1

k3

k2

No i jeszcze combo hamak + koty 😀 Raj, raj, raj!

hamak

Nasz pierwszy dzień na wyspie okazał się ostatnim dniem sezonu na langusty – będzie je można poławiać dopiero w czerwcu, bo muszą mieć czas na rozród. Dlatego pędzimy na kolację, żeby załapać się na skorupiaki.

langusta

Co to jest, ja nie będę tego jadł… (to Krzysztof, fan mięsa)

Ale to jest pyszne, zobaczysz!

No nie wiem… Ja chcę taki kawał wołowiny, jak w Tulum.

Masz niepowtarzalną okazję, żeby spróbować langusty świeżo złowionej! Będziesz żałował! Poza tym to też ma mięso…

No dobra…

(nie ma to jak zdolności dyplomatyczne 😀 )

A langusta z sosem czosnkowym albo kokosowym, bajka! (szkoda tylko że Pani Kelnerka chciała nas oszukać na 100 dolarów belizyjskich, ale się nie daliśmy 😛 a propos waluty: 1USD = 2 BZD, kurs sztywny)

Chyba nigdy w życiu, w tak krótkim czasie, nie jadłam tylu owoców morza 🙂 Ryby i krewetki były tu na porządku dziennym.

fish

Oprócz tego miałam też okazję spróbować lokalnego przysmaku, niedostępnego w menu. Pewnego dnia wybrałyśmy się z Olą do Maggie’s Sunset Kitchen – gdzie gotowała cała żeńska część rodziny, a męska część obsługiwała grilla 😉 Akurat miałam ochotę na zupę, ale nie było zup w karcie, więc zapytałam, czy coś mają.

Tak, akurat gotujemy belizyjską czarną zupę.

O! A dlaczego jest czarna? (już sobie pomyślałam, że to coś w rodzaju naszej czerniny)

To przez przyprawy, zabarwiają zupę na taki kolor.

Czyli nie ma tam żadnej krwi?

Krwi?? Nie, tylko przyprawy.

Świetnie 🙂

Okazało się, że panie gotowały zupę dla rodziny i znajomych, którzy przyjechali po nią ze styropianowymi miseczkami. Taki przysmak nie był przeznaczony dla podniebienia przyjezdnych 😉 Ale mnie się udało 😀

zupa

Czarna zupa belizyjska to wywar z kurczaka, z mnóstwem przypraw, ziemniakami, jajkiem, kawałkami kurczaka (podczas porannego spaceru widziałyśmy jak Maggie rąbała go tasakiem na kawałki), ryżem i papryczkami.

Taka jedna zielona sobie pływała w moim talerzu, więc chciałam spróbować… Błąd.

Ola!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Jezu! Nagle z oczu polały mi się łzy, zaczęłam się dusić, gardło i usta piekły tak, jakbym napiła się Kreta do udrażniania rur albo jakiegoś kwasu.

Wyciągnęłam z Oli soku kostkę lodu i trzymając ją przy ustach siedziałam płacząc chyba 5 min, zanim jako tako doszłam do siebie.

To było straaaaaaaaaaaaszne!

pepper

Sprawca wszystkiego zła. Papryczka habanero. Jedna z najostrzejszych papryk na świecie.

Jak zupa? (to córka Maggie, która podeszła do nas zapytać, czy wszystko smakuje)

Zupa pyszna, ale ta papryczka była okropna!

Kobieta wybucha śmiechem i krzyczy do kuchni (chyba do matki):

Dlaczego nałożyłaś habanero?

Aaaa, zapomniałam…!

Dodajemy ją tylko do smaku, wszyscy to wiedzą. Przepraszam, że nie uprzedziłam.

No tak, zupa była dla lokalnych, nikt nie pomyślał, że nie będę wiedziała, że habanero to habanero i że się jej nie je… Teraz wydaje mi się to przezabawne 😛

Do Maggie’s wróciliśmy kolejnego dnia na kolację na świeżym powietrzu (szaszłyk z krewetek!!), z widokiem na morze i zachód słońca.

szaszłyk

sun1

sun2

Jedynym minusem (w naszych oczach) było to, że tutaj ludzie mają trochę inne poczucie czasu 😉 Na kartę czekaliśmy 15 min, na jedzenie…hmmm… prawie dwie godziny, na rachunek kolejne 15 min… Tak jak mówiłam luz, relaksik, zero presji. Tylko że my byliśmy baaardzo głodni 😛

Za to śniadania podają w miarę szybko. Kolejny przysmak kuchni belizyjskiej – Fry Jacks.

fry jack

Jest to pieczone w głębokim tłuszczu „nadmuchane” ciasto, przypominające to, z którego robi się pączki, nadziewane rozmaitościami. My wzięłyśmy jajecznicę z szynką, ale można było mieszać różne składniki: wołowinę, fasolę, ser, cebulę, dżem. Bardzo duże i sycące! Jadłam to mniej więcej 40 minut 😀

Ale dość już o jedzeniu! Przyjechaliśmy nurkować! 🙂

Wszyscy jesteśmy niesamowicie podekscytowani! Płyniemy na Blue Hole!

Wielka niebieska dziura ma ponad 120 m głębokości, 300 m szerokości i leży w środku atolu Lighthouse Reef,  który znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Rafa ta jest najmniej zniszczoną rafą w Morzu Karaibskim.

bh

Wyprawa trwać będzie prawie cały dzień. Najpierw 2,5 h motorówką w głąb oceanu, potem 3 nurkowania w różnych miejscach i powrót.

baza

Musimy wypłynąć wcześnie rano, żeby załapać się na pogodę i być tam przed innymi łodziami. Zbiórka o 5:45 (to nasz dive master)

???????? Ola, on powiedział 5:45??????

Co za ironia – w domu przeważnie wstaję sobie ok. 9:00, a na wakacjach zawsze wcześnie rano! Przynajmniej więcej czasu na doświadczanie 😉

Nie spóźnijcie się. W bazie będzie śniadanie i kawa. Tylko uprzedzam, że nie mamy tu toalety, na łodzi też nie ma.

????????

No tu zalet nie widzę…

Wstałam. Nawet przytargałam sama swój sprzęt do nurkowania.

Wskakujemy w pianki i płyniemy! I to szybko. Wiatr prawie urwał mi głowę 😛 Znów wraca widmo chorych zatok :/

Pierwsze nurkowanie – schodzimy wzdłuż ściany na głębokość 26 metrów (to zaczyna się odprawa). Pod sobą będziecie mieli czarną otchłań, po boku białą ścianę wapienną. Latarki nie będą potrzebne.

Moje pierwsze tak głębokie nurkowanie! Robimy kurs na zaawansowanego nurka, który składa się z pięciu tzw. przygód nurkowych. Jedną z nich, obowiązkową, jest nurkowanie głębokie, czyli zejście na ponad 18 m. Na Cozumelu, gdzie również będziemy nurkować, planujemy zejść na 30 m 🙂

Pamiętajcie o przystanku bezpieczeństwa!

Dla niewtajemniczonych:

przystanek bezpieczeństwa to zatrzymanie się na 3 minuty na głębokości 5 m (czasem przystanek jest dłuższy, zależy od głębokości i czasu jaki spędzamy pod wodą). Dzięki temu zmniejszamy ryzyko wystąpienia choroby dekompresyjnej, redukujemy poziom nasycenia organizmu azotem i minimalizujemy możliwość urazu ciśnieniowego płuc.

Na pewno będę pamiętać 😉

Zbliżamy się. O rany, ale adrenalina!!! Wejście do wody z przechyleniem w tył, ale teraz już się nie boję 🙂 Od razu schodzę pod powierzchnię, nauczona wcześniejszym doświadczeniem 😉

Najwięcej wypadków zdarza się przed zanurzeniem (pamiętam słowa Gosi). Ludzie zaczynają panikować, gdy fale są silne, niektórzy mają hiperwentylację, lepiej od razu się zanurzyć.

Zanurzam się więc i leeeeeecę! Jak ze spadochronem! Pode mną ciemność, ale to przyjemne, pełen relaks, spokój.

Nagle jakiś metaliczny dźwięk. To dive master stuka w butlę, żeby zwrócić moją uwagę. Patrzę w górę – wszyscy nade mną. Tak się zatopiłam w tym doświadczeniu, że pierwsza byłam na dole! Nawet aż za bardzo na dole… Zeszłam prawie na 30 metrów!!!

O dziwo takiej głębokości w ogóle się nie czuje. Gdy nasz dive master zobaczył, że wszystko ok, wziął nas jeszcze trochę głębiej, żebyśmy mogli zobaczyć stalaktyty, które w  Blue Hole są ogromne! Niektóre mają nawet 15 metrów! 🙂

Oczywiście była też rafa, tym razem bardziej żółto-brązowa.

rafa2

rafa1

gbh1

Był też rekin! Niestety kamerka nie zdołała go wyraźnie uchwycić 🙁

rekin

Przystanek bezpieczeństwa 😉

gbh3

I niestety trzeba wypływać 🙁 A szkoda, bo okazuje się, że mam bardzo niewielkie zużycie powietrza. Z 210 barów zostaje mi 100 (a w dwóch kolejnych nurkowaniach prawie po 120). Standardowa rezerwa to 50 barów, my umówiliśmy się na 70 (na wszelki wypadek).

Wow, masz niże zużycie niż ja! Brawo! (to Darek, który na swoim koncie ma już prawie 2 000 nurkowań)

Ale ja mam mniejsze płuca niż Ty 😉

Tu jednak nie ma żartów, nurkujemy grupą, wypływamy grupą, chyba że ktoś ma kłopoty, to wypływa wcześniej. Zresztą jeszcze dwa zejścia przed nami.

Na pokładzie czeka na nas lunch 🙂 Podpływamy na wyspę Half Moon Cay, na której utworzony został pierwszy Park Narodowy w Belize, i gdzie znajduje się rezerwat ptaków. Zabieramy jedzenie i idziemy zwiedzać 😀

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Wysepka porośnięta jest dżunglą, przez którą trzeba było przejść, żeby dotrzeć do wieży widokowej, skąd można obserwować ptaki.  Na każdym kroku musiałyśmy uważać, bo zarówno na ścieżce jak i w zaroślach cały czas coś się ruszało, szeleściło, żyło 😉 Łatwo było nadepnąć np. na kraba pustelnika.  Pustelniki nie mają pancerza na odwłoku, dlatego zamieszkują znalezione muszle, które w miarę wzrostu zamieniają na większe. Kraby do złudzenia przypominały kamienie!  Dopiero gdy się zbliżałyśmy wystawiały odnóża i szczypce.

Były też tycie jaszczureczki, cieniutkie jak patyczki! Albo kruczoczarne albo jadowicie zielone 🙂 I oczywiście wszechobecne iguany.

igu.

Stojąc na szczycie wieży widokowej, miałyśmy ptaki dosłownie pod nosem. Były tam głuptaki czerwononogie i fregaty (i podobno jeszcze 97 innych gatunków 😉 )

boob.

booby

Czas wracać, przed nami jeszcze dwa zejścia. Po drodze miałyśmy okazję zobaczyć, jak dokarmia się tutejsze ptactwo 😉

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Płyniemy na miejsce nazywane Half Moon Caye Wall – jest to ściana koralowców opadająca na głębokość aż 1000 metrów. Razem z Long Caye Aquarium, gdzie czeka nas trzecie zejście tego dnia, należy do najpiękniejszych miejsc nurkowych na Morzu Karaibskim.

Ponieważ w przypadku nurkowań wielokrotnych każde kolejne wejście musi być płytsze niż poprzednie, schodzimy „jedynie” na 18,5 m 😉

Czasami mój organizm naprawdę mnie zadziwia – woda miała temperaturę 27°C, miałam na sobie długą piankę, a i tak zmarzłam! Nikomu innemu nie było zimno, tylko mnie :/ To ja już nie wiem, gdzie mam nurkować, żeby było mi ciepło 🙁

W każdym razie w Half Moon Caye Wall fauna dopisała, było sporo dużych ryb i skrzydlice!

lion

Jeszcze lepiej było w Akwarium. Nazwa jak najbardziej adekwatna!

Były tam całe ławice lśniących, żółto-srebrnych, granatowo-fioletowych i ciapkowatych ryb.

I rafa naprawdę prześliczna! O wiele więcej kolorów, żółty, bordowy, fioletowy!

Aż szkoda wracać 🙁

A powrót mieliśmy ciężki. Nie ukrywam, że była to najmniej przyjemna część całej wyprawy.

Najpierw najnowsze osiągnięcie techniki – autokar z Belize City do Chetumal.

bus1

bus2

Klimatyczny, nie powiem. Jakby żywcem wyjęty z amerykańskich filmów. I wcale nie narzekałabym na samą przeprawę, nawet spychana z siedzenia przez ogromnego Meksykanina, który ledwo co mieścił się w tak ograniczonej przestrzeni z miejscem na nogi dla osób o wzroście 1,50 m. Ale wszystkie okna w autokarze były otwarte, co tworzyło nieustanny ciąg powietrza, uderzającego prosto w twarz przez 4 godziny, i niestety, co było do przewidzenia, moje zatoki tego nie wytrzymały. A z chorymi zatokami zero nurkowania.

Były co prawda również ciekawe momenty. Na przykład sprzedawcy wszystkiego, którzy wskakiwali do autokaru w trakcie postojów i oferowali nam rozmaitości, począwszy od świeżych soków pomarańczowych, arbuzowych, melonowych, ciasteczek nadziewanych mięsem, czipsów, a skończywszy na tamales 😀

sell

Ale nawet to nie wynagrodziło nam koszmaru na granicy belizyjsko-meksykańskiej. Autokar miał jechać do Chetumal, ale nie dojechał. Zatrzymał się tuż przed granicą. Dalej trzeba było iść piechotą. Z wszystkimi bagażami. Z nasiąkniętym wodą sprzętem nurkowym, który nie zdążył do końca wyschnąć. Upał niemiłosierny. Ja z pękającą głową i zapchanym nosem. Znów wypełnianie deklaracji i formularzy na granicy w Belize, potem marsz do granicy w Meksyku, znów papierologia, znów pies obwąchujący bagaże.

granica

granica1

Taksówka na dworzec i kolejny autokar, tym razem do Playa del Carmen. Żeby nie było za dobrze – w autokarze zimno. I to bardzo. Klimatyzacja ustawiona na 10°C. Zamarzam. Kierowca mówi, że nie może zwiększyć temperatury, bo „tak ma ustawione”. Zatoki jeszcze bardziej mi dokuczają. Siedzę w polarze, kurtce, szaliku i czapce i tracę cierpliwość (dopiero teraz, bo wcześniej wrzucałam te męczące doświadczenia do przegródki „przygoda”, ale zimno to jest coś, co naprawdę trudno mi znieść – oprócz morsowania 😛 ). Po kilku godzinach docieramy na miejsce. Wymęczeni, głodni, zziębnięci.

Jutro kolejne nurkowania. Tym razem na Cozumelu, wyspie która leży na drugiej największej rafie koralowej na świecie.

A ja nie wiem, czy będę w stanie zejść pod wodę 🙁

c.d.n.

Meksyk – cenotes

Meksyk – Mexico City

Morsowanie